Św. Wincenty a Paulo: Konferencja 172 – o zarazie w Genui, śmierciach Księży Zgromadzenia i Ewangelizacji Madagaskaru

Tomasz ZielinskiPisma Wincentego a Paulo, Wincenty a PauloLeave a Comment

CREDITS
Author: .
Estimated Reading Time:

Powtórzenie rozmyślania z 30 sierpnia 1657 r. Spustoszenia spowodowane przez zarazę w Genui. –  Śmierć na morzu Mathurina de Belleville, a na Madagaskarze Claude’a Dufour i Nicolasa Prévost. – Pomimo tych strat Zgromadzenia powinno kontynuować ewangelizację na tej wyspie. – Zarzuty skierowane do pewnego nieregularnego i niedelikatnego księdza.

Polecam modlitwom Zgromadzenia naszych chorych, Ks. Alméras i tych, którzy udali się z nim do wód. Ponadto polecam dom w Genui; nie mamy od nich od dość dawna żadnych wiadomości.   s. Martin, który jest w Turynie, pisze do mnie dwie sprawy: jedną, że senat Genui, kiedy wydał polecenie mieszkańcom pewnego miasta w Państwie Genueńskim położonego od strony Turynu, które nazywa się …[red. miejsce słowa zastano białe], żeby przysłali im żywność, załadowali oni nią statek. Ci, którzy prowadzili statek, nie ośmielając się zbliżyć tak blisko do miasta Genui z obawy przed chorobą, oddali wystrzał armatni, aby powiadomić tych z miasta, żeby przybyli zabrać to, co im dostarczono, ale nikt nie wyszedł. Widząc to zbliżyli się do brzegu, położyli zapasy na ziemi i oddali jeszcze jeden strzał armatni, aby ich powiadomić. Nikt się nie poruszył. To kazało im uznać, że spustoszenie w tym mieście jest bardzo duże. Zostawili tam swe zapasy i powrócili do swego miasta, żeby ponownie załadować statek, żeby jeszcze im go posłać. Ks. Wincenty dodał, że dowiedział się, że pierwsze deszcze, które przyszły bardzo mocno przerwały zarazę, że powietrze nieco się oczyściło i że zaczęto otwierać sklepy; ale – powiedział Ks. Wincenty – Turyn jest tak oddalony stamtąd, że ta pogłoska nie jest bardzo pewna. Cokolwiek by było, prośmy Boga za nimi, w jakimkolwiek byliby stanie, a zwłaszcza za biedną małą rodzinę w tym tak mocno dotkniętym mieście.

„Mówiłem wam któregoś dnia, że do Nantes przybył okręt z Madagaskaru, który jest jednym z trzech, które tam się udały i że w ogóle jeszcze nie otrzymaliśmy listów. Otrzymałem jeden list, nie z tamtego kraju, ale jedynie z Nantes, od pewnego poczciwego młodzieńca o nazwisku Baudouin, który przebywał tutaj przez jakiś czas i który odszedł z powodu jakiejś dolegliwości. Jest on w seminarium w Nantes. Człowiek ten, dowiedziawszy się, że przybył statek, udał się do kapitana statku, który udawał się pozdrowić P. marszałka de la Meilleraye, i pytał go o wiadomości o sukcesie jego podróży i, między innymi, o Misjonarzy; ale ten kapitan nie chciał mu nic powiedzieć, chcąc najpierw podzielić się stanem podróży ze wspomnianym panem marszałkiem. Widząc, że nie może nic wyciągnąć od tego kapitana, udał się do innego człowieka ze statku, który powiedział mu wiele szczegółów, a między innymi opowiedział mu o wypadku, który spotkał pewnego dobrego kapłana, który miał wielkie zdolności i kiedyś nawet był w wojsku, a którego P. marszałek posłał do tamtego kraju. Ten kapłan, wszedłszy na pokład statku, wpadł do morza. Pospieszono na jego krzyki; wielu rzuciło się w wodę, aby go ratować, ale na próżno; i słyszano tylko, jak zmagał się z falami i mówił: “Jezu, ulituj się nade mną! Najświętsza Panno, ratuj mnie!”

Stało się to drugiego dnia, jak podnieśli żagle, by wyruszyć. Z tego powodu ci, którzy byli na tym statku uważali, że podróż nie będzie szczęśliwa. I jak sam P. Baudouin zechciał poznać wiadomości o Misjonarzach, zapytał go o nich. Człowiek ten odpowiedział mu, że trzej, którzy płynęli ich statkiem umarli, że Ks. de Belleville umarł, kiedy przepływali obok Zielonego Przylądka i został wrzucony w morze, które jest cmentarzem tych, którzy tu umierają; że na statkach była duża śmiertelność, wielka liczba chorych, wokół których nasi Misjonarze wiele pracowali; że Ks. Dufour i Ks. Prévost przybyli na Madagaskar, ale że tenże Ks. Dufour, przechodząc przez rzekę, wpadł do niej, że został z niej wyciągnięty żywym i że ci, którzy byli z nim, kiedy powiedzieli mu, że byłoby stosownym, żeby zmienił ubranie i bieliznę, żeby nie popaść w chorobę, nie chciał tego uczynić, podając powód, że byłaby to delikatność, żeby zmieniać ubranie i że wszystko będzie dobrze. Ale, po jakimś czasie, chwyciły go dreszcze, tak, że od nich umarł; i pochowano go na brzegu morza, u stóp krzyża, który on sam ustawił na szczycie małego wzniesienia.

Jeśli chodzi o Ks. Prévost, był tak dotknięty bólem z powodu śmierci Ks. Dufour, którego szczególnie miłował, że umarł również jakiś czas potem; w ten sposób pozostał tylko dobry Ks. Bourdaise, któremu Bóg błogosławi, tak pod względem duchowym, pod którym jest bardzo obarczony, jak również bardzo troszczy się co do spraw doczesnych, gdzie jest bardzo kochany przez każdego i zachowuje się z wielką roztropnością i dobrze postępuje; że troszczy się o wszystkich Francuzów, którzy tam są i o nowonawróconych. Oto stan.

Ktoś z tego Zgromadzenia powie może, że trzeba opuścić Madagaskar; ciało i krew pociągają to stwierdzenie, że nie trzeba tam już nikogo posyłać; ale zapewniam, że duch mówi inaczej. Cóż! Księża, czy zostawimy tam zupełnie samego naszego dobrego Ks. Bourdaise? Śmierć tych księży zadziwi, zapewniam, niektórych z nas. Bóg wywiódł z Egiptu sześćset tysięcy ludzi, nie licząc kobiet i małych dzieci, aby zaprowadzić ich do Ziemi Obiecanej; a jednak z całej tej wielkiej liczby, tylko dwóch tam weszło; nawet nie Mojżesz, przywódca wszystkich. Bóg wezwał naszych konfratrów do tego kraju, a oto tymczasem jedni umierają w drodze, a inni zaraz po przybyciu tam. Księża, wobec tego trzeba pochylić głowę i uczcić całkiem przedziwne i niepojęte postępowanie naszego Pana. Czyż nie byli oni wezwani przez Boga do tego kraju? A któż o tym wątpi? Wszyscy trzej prosili mnie wiele razy, żeby tam się udać. Ks. Dufour miał to pragnienie od czasu, kiedy zaczęto mówić o Madagaskarze; to, z okolicznościami i szczegółami, które przyszły względem niego, kazało nam myśleć, że Bóg tam go powoływał. I nasz biedny zmarły Ks. Lambert, ileż razy prosił mnie, żebym mu na to pozwolił! To nie ciało i krew są tym, jak możecie myśleć, co ich doprowadziło, że wystawili swe życie tak, jak to uczynili. Teraz wiedzieć, czy Zgromadzenie ma powołanie od Boga do tamtego miejsca, jeśli zostało tam powołane, niestety! Księża, nie należy o tym wątpić, ponieważ nie myśleliśmy o Madagaskarze, aż nie przyszła propozycja. I oto jak to wszystko się stało.

Panowie z Kompanii Indyjskiej z tego miasta, to znaczy ci panowie, którzy są stowarzyszeni, aby handlować w tamtym kraju, posławszy tam pewnego kapłana świeckiego, który nie zachowywał się dobrze, pomyśleli, mogli zrobić lepiej, żeby mieć kilku księży zakonnych, którzy wiedliby przykładne życie, dlatego zwrócili się do Eminencji nuncjusza papieskiego [red. Nicholasa Bagni], który był w tym mieście. Zrobili to; powiedzieli mu o tym; i ten dobry kapłan, myśląc i rozważając, kogo może im dać do tego, zwrócił oczy na biedne i liche Zgromadzenie i poradził tym panom, żeby nam to powiedzieli, mówiąc im,  że on sam ze swej strony z nami o tym porozmawia, że uważa, że Zgromadzenie zrobi to z błogosławieństwem. Panowie ci przyszli tutaj nam o tym powiedzieć; Eminencja nuncjusz powiedział nam o tym i nawet „nas o to błagał; zebraliśmy kilku ze starszych w Zgromadzeniu; krótko, postanowiono, żeby podjąć to zajęcie, a w tym celu zwróciliśmy oczy na dwóch z najlepszych członków Zgromadzenia, naszych dobrych zmarłych Księży Nacquart i Gondrée, z których pierwszy postępował dobrze i z podziwu godną roztropnością, miał ducha apostolskiego i dobry osąd; drugi również bardzo cnotliwy, bardzo wielkiej pokory i łagodności. Ichmościowie z Kongregacji Propagandy Wiary przysłali nam potrzebne pozwolenia i nawet pochwalili Zgromadzenie za jego gorliwość. Zatem, ta Kongregacja ma władzę, żeby posyłać na te misje, Papież, który jedynie ma władzę posyłać po całej ziemi, dał jej tę władzę, by ją wykonywała. Biskupi mają władzę tylko na terenie i w obrębie swych arcybiskupstw lub biskupstw; ale ta Kongregacja ma tę władzę od Papieża, żeby mogła posyłać po całej ziemi, i nas posłała.

Zatem, proszę was, czyż nie jest to prawdziwe powołanie? Ech, cóż! Księża i moi bracia, po tym, jak dowiedzieliśmy się o tym, czy byłoby możliwym, żebyśmy stali się tak tchóżliwego serca i tak zniewieściałymi, żebyśmy opuścili tę winnicę Pańską, gdzie Jego Boski Majestat nas wezwał, dlatego tylko, że oto czterech, czy pięciu, czy sześciu tam umarło! I powiedzcie mi, czy byłaby to piękną ta armia, która, ze względu na to, że straciła dwa czy trzy, cztery czy pięć tysięcy ludzi (jak jak to stało się w czasie ostatniego oblężenia Normandii) opuściła wszystko! Pięknie pokazałaby się armia uciekinierów i tchórzy, która by tak zrobiła! To samo powiedzmy o Zgromadzeniu Misji: byłoby to piękne Zgromadzenie, Zgromadzenie Misji, jeśli, ponieważ oto pięciu czy sześciu zmarło, opuściłoby ono dzieło Boże; Zgromadzenie tchórzów, przywiązanych do ciała i krwi! Och! nie, nie wierzę, że w Zgromadzeniu, by w Zgromadzeniu był choć jeden, który miałby tak mało odwagi i który nie byłby dysponowany, żeby pójść zapełnić miejsca tych, którzy zmarli. Nie wątpię, że natura zadrży nieco najpierw; ale duch, który nad nią panuje, powie: “Chcę tego; Bóg dał mi to pragnienie; nie, to nie będzie zdolne, żeby kazać opuścić mi to postanowienie”.

Wiecie o katastrofie statku w wielkiej Zatoce Nantejskiej. Ks. Herbron pisze mi, że musi wyznać, że to nieszczęście rzuciło w jego serce jakąś trwogę, ale kiedy odzyskał serce, a rozum zapanował nad nim, odrzucił cały ten strach i był gotowy, żeby wsiąść na statek, tak sobie pozwolę. Ks. Boussordec pisze mi to samo, że jest całkiem gotowy; i nasz biedny brat Christophe, to dobre dziecko, pisze mi z taką swobodą, że byłem bardzo wzruszony czytając jego list. Mówi mi, że często prosi Boga, żeby uczynił mu łaskę pełnienia Jego świętej woli, a nieraz, że pyta się: “Gdzie bardziej kochasz wolę Bożą, tu czy na Madagaskarze? I wyznaję Ci, Księże – pisze mi – że wydaje mi się, że bardziej kocham ją na Madagaskarze niż tutaj”. Zresztą, jest to pewien rodzaj męczeństwa, żeby narażać swe życie, przebywać morza jedynie dla miłości Bożej, zbawienia bliźniego, bo chociaż nie byłoby skutku, przynajmniej jest wola, bo opuszcza się wszystko, wystawia się na nie wiem ile niebezpieczeństw. I w rzeczywistości, świętych, którzy umarli na wygnaniu, gdzie zostali posłanie z powodu naszego Pana Jezusa Chrystusa, Kościół uważa jako męczenników.

Dziś obchodzimy obchodzimy święto św. Feliksa. Podczas gdy prowadzono go na męczeństwo, pewien imieniem Adauctus, który również jest świętym i męczennikiem, widząc, że zabierają św. Feliksa, pobiegł do niego, aby go uścisnąć, a dowiedziawszy się o powodzie, dla którego prowadzono go na śmierć, zaczął mówić do tych, którzy go prowadzili: “Jeśli chcecie zabić tego sługę Bożego, ponieważ jest chrześcijaninem, ja jestem nim również, i macie takie samo prawo zabić jego, jak mnie”. I tak nie chciał odłączyć się od niego, a krok w krok szedł za nim i został wraz z nim umęczony. I któż dał mu to poruszenie, powiedzcie mi, proszę, jeśli nie Bóg? I Ile razy widziano, że dozorcy więzienia, którzy trzymali zamknięte sługi Boże sami zwracali się ku religii chrześcijan i katolików, których trzymali zamkniętych!

Piszą mi z Rzymu, że pięciu czy sześciu francuskich księży, którzy byli tutaj na rekolekcjach przed święceniami, udało się do Rzymu, aby upaść do stóp Papieża i ofiarować się do pracy w Indiach, i że Papież pochwalił ich gorliwość i powiedział im: “Pragnąłbym być w stanie, żebym mógł zrobić to samo; dawniej, zanim zostałem tym, kim jestem, miałem poruszenia, żeby o to prosić; ale tym, co mi przeszkodziło są słowa, które przeczytałem w książce błogosławionego Franciszka Salezego, biskupa Genewy: o nic nie prosić i niczego nie odmawiać.” Sam Papież, jak właśnie usłyszeliście, chwali zamiar tych francuskich księży, którzy mieli tę odwagę, żeby pójść ofiarować się w tym celu Jego Świątobliwości.  Zatem, Księża, z naszej strony, oddajmy się Bogu i ofiarujmy się Jemu co do wszystkich zajęć, do których spodoba się Jego Boskiemu Majestatowi nas użyć; poprawmy się z naszego tchórzostwa. Niestety, Księża i moi bracia, to nie jest tym, co powinno nas martwić najbardziej, że widzimy, że Bóg wzywa w ten sposób do siebie swoje sługi, świętych, ale raczej, że widzimy, że pośród nas innych księży, znajduje się jakiś ze mną, tak, jakiś ze mną, którzy jesteśmy zgorszeniem dla Zgromadzenia. O, Księża, o, moi bracia, jakiż powód do zmartwienia dla Zgromadzenia, które to widzi! Jedynie rzadko przychodzi na rozmyślanie, zwłaszcza od pewnego czasu, nie robi nic innego przez cały dzień, jak tylko chodzi po wirydarzu, po sypialni;  jeśli jest jakaś rzecz, której brakuje w pokoju innych, znajduje się ona w jego;  krótko, to jest opłakane życie. Nad takimi ludźmi, Księża, trzeba boleć, to za nich trzeba się modlić. O, mój Boże, o, mój Boże, o, mój Zbawicielu!

Następnie Ks. Wincenty zakończył tę przemowę mówiąc, żeby jednak, aby dostosować się do Kościoła, pomodlono się za tych drogich zmarłych, chociaż miano by powód, żeby wierzyć, że zostali oni błogosławionymi.


[*] Konferencja 172. – Rękopis powtórzeń rozmyślania, f° 58 v°. Coste, XI, s. 417-425. Tłumaczenie polskie: Konferencje i przestrogi św. Wincentego Tłumaczenie z francuskiego, Kraków 1909, str. 196-201.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *